12 grudnia 2014

kupuj, nie grzesz.

Żródło: caranddriver.com

Dobija północ, a ja dopiero zasiadam do tego tekstu. Jest tylko jedna rzecz, która wygrywa z manią zapisywania mego słowotoku myśli. 

No, dobra dwie. 
Ok, trzy.*
I wszystkie związane są z tworzeniem.

Dzisiaj byłam w tym swoim żywiole, który nazywam tworzeniem wnętrza przestrzeni do życia. Moją plastyczną aranżacją przestrzeni.
Ale jakiegoś pierdolca trzeba mieć, a nawet cztery. 
Czterej jeźdźcy apokalipsy, którzy doprowadzą mnie kiedyś do zgonu. Bo jak mam flow, to nie jem, nie piję, nie oddycham, nie bzykam, nie wydalam... eee, pomyliłam coś z tym ostatnim, to nie ja, tak ma ktoś inny. 

No więc dzisiaj tam, gdzie w weekendy otwiera się piekło (ikeła łelkam the sinners), zakupiłam parę rzeczy, ale aleee aleee tylko dlatego, że ich nie miałam, a nie dlatego, że miałam stare. Bo od roku żyję dość ascetycznie, w sensie nie mam za dużo mebli, tylko hmm swoje pomysły. Łóżko z palet, szafa z wieszaka, siedzisko ze skrzynek po koli ze śmietnika, lodówka z garażu siostry, fotel z leżaka ogrodowego z lauby babci, taki garbedż stajl. Dobrze wygląda na zdjęciach, nawet jutro D. wpada na nejked seszyn. 

Dzięki przestrzeni jest gdzie rozłożyć matę i poćwiczyć asany, a także robić skłoty z miotłą na ramionach, jak kazał mi znajomy zapaleniec kulturystyki. Ponoć dobrze wpływa to na mięśnie dupeczki. 
Właściwie to można by wstawić też bieżnię i zaprosić O., może by z niej nie spadła, jak dzisiaj na siłce. Biedna myślała, że biega się jedną nogą na jednej bieżni, a drugą na drugiej, ale jednak się tak nie robi. . 

A jak już te rzeczy zakupiłam, a mój najlepszy na świecie składacz mebli je złożył, to musiałam oczywiście wszystko układać i przemeblowywać tak, aby przepływ energii w mieszkaniu był dokładnie taki, jaki chcę. Wyobrażacie sobie, jak kurewsko trudno jest na 33 metrach kwadratowych osiągnąć wrażenie przestrzeni? Trudno w chuj.
Ale się udało.

I mogę w końcu przejść do meritum sprawy, która każe mi tu plumkać w klawiaturę po pierwszej w nocy, zamiast robić inne, równie przyjemne rzeczy. 

Bo tak patrząc na naspidowanych świętami ludzi, którzy biegają po centrach handlowych, jakby wypłata parzyła ich w ręce, odechciewa mi się kupować NOWE rzeczy. Po prostu mam ochotę iść do ciucholandu, jak za studenckich lat, albo wpieprzyć się komuś do piwnicy, albo na strych i sznupać tam, jak menel w poszukiwaniu miedzi. Ale ja tak miałam od zawsze - gdy wchodziłam do jakiegoś miejsca z gratami, składowiska, czy innego kołchozu, zawsze czułam jakiś dziwny dreszcz, jakby duszę zaklętą w przedmiotach istniejących dłużej niż ja sama.

Może dlatego nie rozumiem tej manii kupowania nowszych modeli telefonów, tabletów, samochodów, jak się już jakieś ma i są dobre. Telefon ma dzwonić, tablet wyświetlać, a samochód jeździć, a nie wyglądać, kurwa. 

No, może prócz Mustanga, Mustang musi przede wszystkim wyglądać. I brzmieć.

I jeszcze kwiatek musi jakoś wyglądać, a nie tak jak ta zdechła róża, którą prawie mi dziś wybił oko K., znienacka oświadczając się przy biurku. L. znalazł ją za szafą, gdzie odeszła w niepamięć po ostatnim Dniu Kobiet Pracujących Miast i Wsi, czekając na jakieś przyszłoroczne święto. Tak jak róże, można również wykorzystywać zeszłoroczne prezenty, zapodziane gdzieś głęboko w czeluściach komody. Nikt przecież nie wpadnie na to, że czekoladki czy ciasteczka przeleżakowały rok w szufladzie obok dyplomów, których nie udało się wręczyć za zwycięstwo w skokach na skakance (mam taki, zajęłam trzecie miejsce).

Kto ci zabroni, ja się pytam? 
Termin przydatności do spożycia?
Better czendż jor mentaliti, on upłynie dopiero za kilka lat.


*PS. Tych rzeczy jest siedem, kłamałam.


<tu kliken> a taka muzyka to jedna z nich



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz