26 stycznia 2015

black monday z miszczami* cientej** riposty.

Źródło: unsplash.com



Dzień nie zaczął się zbyt dobrze. 
Zadzwoniłam do B., by jej przypomnieć, że dzisiaj nie jedzie prosto do robo, jak koń z indiańską opaską na oczach, lecz zajeżdża jeszcze po moją dupeczkę. Nie z powodu, iż dupa moja coraz większa, przez te codzienne skłoty z miotłą na barkach, ale przez zjebany, w dalszym ciągu, tłumik w mustangu oraz fakt, że stoi na ulicy przysypany toną śniegu, a na przodzie maski D. ulepił mu bałwana, bo nie umiał konia w galopie.

No to dzwonię i słyszę, że B. prawie dochodzi (ale nie pod moją hacjendę), bo jak się okazuje, ma w swoim pikaczento flaka i zapieprza właśnie na stację naplumkać go kompresorem, bo oralnie dała radę tylko do 0,6 bara, a potem ją rozbolała buzia.

Noż kurwax?!
Przecież blue monday był tydzień temu?
Dobra, se myślę, BP jest blisko, najwyżej parę minut się spóźnimy, nikt nawet nie zauważy.

Włazimy na czilałcie, no i chuj w bombki strzelił, bo natykamy się wprost na M., który ze swoim pseudouśmiechem wita nas hasłem: na drugą zmianę przychodzicie? Miszcz cientej riposty numero uno przybył dziś jako pierwszy, zaskakując tym ruchem wszystkich, łącznie z panią sprzątaczką.
Epic fail.

Następnie okazuje się, że nie ma wody przy wodopoju i muszę sama se po nią pójść, bo żaden delikwent, prócz E., nigdy się ku temu nie wyrywa. Tylko, że E. chwilowo nie ma, a chlać to ja chcą wszyscy. Tę wodę, w sensie. 
Okeeeej, poszłam, przytargałam te 20 litrów (dobra, z małą pomocą N.) i w ryja dać chciałam dać, gdyby któryś przyszedł ją pić.
Oczywiście T. - miszcz cientej riposty numer dwa, przylazł dopiero, gdy już wróciłam z butlą oraz siniakiem na nodze i jeszcze poinformował mnie, że w mych ażurowych rajstopach wyglądam kurewsko, ale troszeczkę. Dzięki ci, borze i lesie, że tylko troszeczkę, bo już się przelękłam, że drugi etat na DK88. 

Poszłam obczaić, jakie nowe meble nabyła dla niektórych wybrańców K. i okazało się, że są one w trzech różnych odcieniach - sosna, jesion i palisander, na moje oko. K. zrobiła zdjęcia, w celu wysłania ich drogą mailową, wraz z opierdolem, do sprzedawcy, ale to nie pomogło, nadal na fotkach były trzy różne odcienie. O ja jebe, może nikt nie zauważy i zdążą wypłowieć, albo ściemnieć?
Istnieje szansa, że od stężenia oparów wkurwu K., nawet słoje w drewnie wyjdą na wierzch, a korniki zwrócą to, co zjadły, ujednolicając strukturę i kolorystykę mebli. Bez olejowania.

Patrzę se tak na te meble, nagle... jeb, coś mnie oślepiło. O chuj tu chodzi... myślę. Czyżby moje synapsy nie nadążały dziś już całkiem, i równowaga pomiędzy hamowaniem i wyciszaniem impulsów w mózgu została zachwiana? Za długo przebywam poza platformą?
A może straciłam dzisiaj dekiel nie tylko od obiektywu (qrwaaa!), ale również swój własny, jak mi zasugerował S., miszcz cientej riposty number three?
Podchodzę bliżej, a to C. obleczona w srebrne brokaty, świeci się niczym gwiazda zaranna! No to pytam się jej: a ty co się tak odjebałaś jak w Sylwestra? Chcesz mnie zabić tą łuną? 
Miszcz cientego tekstu numer cztery, a co.

K. poszła kwiczeć na swe biurko w kolorze jesion-pokryty-kurzem, a ja do siebie, bo mi wzrok jeszcze miły i takie napalmowe odblaski o poranku, nie robią mi dobrze na oczy.

Na oczy to dobrze robi zapałka, jak się je ostrą cebulę, tak mi powiedział dzisiaj M. Spożywałam bowiem sałatkę grecką, z zajebiście ostrą, czerwoną cebulą i on stwierdził, że capi, aż w oczy szczypie i czy mam zapałki, bo on chce je trzymać w buzi. A ja przecież nie palę, no to po chuj mi zapałki? W małego piromana bawiłam się tylko na podwórku, za bajtla, i do dzisiaj to wspominam, bo fire followed me, choć go o to nie prosiłam.
No to mu mówię, że nie mam zapałek, żeby mógł sobie je wsadzić do ust, ale możemy się całować, to zasymiluje zapach i wtedy przestanie mu on przeszkadzać.

Nie skorzystał.


On chyba woli zapach siarki.

Devil in his eyes tłumaczy wszystko.


*mistrzami!
**ciętej!





2 komentarze:

  1. Hipnotajzing to mam ja, po tym co przeczytałam! ;D

    Jadę właśnie do pracy - strach się bać. Na wszelki wypadek wyjrzałam przez okno - bałwana na masce nie ma. Brak. Konia w galopie - brak. Brak - totalny brak, zupełnie jak mój brak umiejętności jazdy zimą. Jestem w szoku, że pada śnieg. Jak mógł mi to zrobić. Do odważnych świat należy, strzeżcie się Kaliszanie i przyjezdni, będzie się działo...!

    Mam nadzieję, że czekają już na mnie z herbatą i orędziem powitalnym.
    znów-mam-za-krótką-spódnicę-za-chuja-nie-założę-takiej-do-kolan-to-oczywiste!

    Magdalena.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no, wczoraj to ja miałam szorty i prawiekurewskie rajstopy, ale kozaki za kolana, więc śnieg mi lottoł. drifta nie robiłam, bo Wichura mi pikaczento nie dała... dobrze, że zrzuciłam tę tonę puchu, bo dziś rano mustang poszedł w stajnię i naprawiają mu wydech, żebym go gdzieś nie zgubiła po drodze i nie budziła w nocy sąsiadów.
      brzmienie miał rasowe, może mu tak zostanie?
      dzięki, bejbe za wizytę, wpadaj często!

      Usuń