18 stycznia 2015

jak nie chcieć i zostać legendą.

Żródło: unsplash.com





No jestem, jestem.
Nie zostawię was jeszcze.
Wybaczcie, że tak długo mnie nie było, ale to był ciężki tydzień, niemalże w całości podporządkowany pewnej ważnej sprawie.
Przygotowania do wielu spraw wyglądają przeważnie tak, jak nauka do egzaminów na studiach, kiedy to odkrywamy, jak bardzo lubimy porządkować komody z ubraniami, utylizować mole, chuchać na lustra oraz przyszywać oderwane oczka temu misiu, co się wziął zapodział pod dywanem.

Czyli naukę zostawiamy na sam koniec, przeważnie w nocy przed tym egzaminem końcowym. 
Adrenalina musi być, niektórzy są od niej uzależnieni i nie umieją inaczej. Nie wnikam w to, bo jak wiadomo, nie liczy się metoda zakuwu, lecz wynik końcowy.


Ale prawda jest taka, że jeśli ktoś naprawdę chciał, to spinając dupę mógł nadgonić wszystko, co olewał na kolejnych kolokwiach.
Jeżeli ktoś chciał, to z palcem w tej dupie, mógł przejść przez wszystkie pytania testu i zdać go, rozluźniając w końcu pośladki, niczym gorące tancerki na karnawałowym sambodromie.
Patrz mi na literki i spróbuj zrozumieć, jak obcokrajowiec, do którego 
pani kasjerka mówi wolno i wyraźnie: pin i zieeeeloooonyyyy, gdy ten w Tesco za chuja nie kuma, co ona do niego (po polsku przecież) mówi. 

Zatem powtórzę: jeżeli chciał. 

No i w większości przypadków, to wszyscy chcą i to bardzo - jakoś czują ducha wspólnoty oraz wspólnego przejebu, w razie ewentualnego niepowodzenia. Objawia się to np skłonnością do włożenia t-shirtu z napisem lubię w dupę i lubię na cycki, gdyby miało to rozkojarzyć pana egzaminatora i skierować jego myśli na tematy milsze, niż nudne odpytywanie z teorii semantycznej. Czasem jednak można dać radę bez sięgania do takiego asa ukrytego w rękawie i nawet nie trzeba wyskakiwać w spódniczce szerokości paska, za której przyczyną egzaminator nagle staje się ambitnym obserwatorem kurzu odkładającego się na podłodze.

Jesteśmy, qrwa, najlepsi i egzamin zdaliśmy.

I teraz ja muszę stanąć na głowie, a K. zrobić sancheza, tak się założyliśmy.
Spoko, jego salto to pikuś, ale ja mam stanąć na głowie w sukience i pończochach.
Tylko nie doprecyzowaliśmy, czy mam mieć majtki, czy nie. I czy w trakcie tej śirszasany robić mam pranajamę? Fasolka skwitowała to jednym zdaniem: no to będziesz się musiała porządnie wygolić. Pomyślę nad tym, po zapoznaniu się z katalogiem fryzur intymnych obowiązujących w tym sezonie.
Coś wam powiem. 
Dupę trzeba mieć twardą, dystans do siebie duży, a konstruktywną krytykę przyjmować z pokorą. W przeciwnym razie na zawsze pozostanie się małym, smutnym, obsranym człowieczkiem z kompleksami. Wiem, o czym mówię, bo sama uczyłam się przyjmować krytykę i dopuszczać do świadomości fakt, że nie jestem nieomylna. Taa, Vulgar był kiedyś małym nazistą.

Podobno everything happens for a reason. Czasami tym reason są po prostu złe decyzje / lenistwo / bezmyślność / wpisz swoje. Tylko od nas zależy, czy pozostaniemy na tym samym poziomie samoświadomości i w tym samym miejscu, codziennie od nowa powtarzając wciąż te same błędy, niczego w swym życiu nie rozwijając. 


A ono jest tylko jedno, pamiętacie?

V(yolo), qrwa.

A teraz opowiem Wam, jak zostać legendą.

W liceum miałam nauczycielkę historii, Małą Mi. Bo metr czterdzieści miała w kapeluszu. Ale największe dryblasy spierdalały przed nią korytarzami jak przed Buką, gdyż zamrażała spojrzeniem nasze serca, a żołądek zawiązywała w supełek. Jak wchodziła do sali, a ja siedziałam akurat w pierwszej ławce, to zdejmowałam pierścionki, żeby nie rzucać się jej w oczy, taki czad. A nadmienię, że historię lubiłam. 

W czwartej klasie pisaliśmy dużo prac, przygotowujących do matury, pomimo, iż z historii zdawały pisemną tylko trzy osoby. Ja zdawałam francuski, pisemnie (i ustnie, wiadomo). No, ale pisać lubiłam zawsze, czytać jeszcze wtedy też (bo teraz to tylko w necie, fuckin' tsundoku mam...), no to odjebałam pracę pisemną in my style. 

Pewnego pięknego wtorku, wchodzi sobie mała Mi do sali z naszymi pracami w ręku i od progu pyta: jest Vulgar? Posrałam się ze strachu w sekundę, serio. Wstaję i osłabionym głosem mówię, że jestem, a serce chce mi wyjść z klatki i spierdolić na bungee. No to ona daje mi moją pracę i każe czytać na głos. Myślę se, że chyba jest tam jakiś babol, jak to mawia D. i niechybnie chce mnie obśmiać, czy ki czort, przy wszystkich? Dobra, chuj, czytam. Nie doszłam do połowy, jak słyszę za sobą szepty ludzi, że Mała Mi chyba płacze. Zatkało mnie, qrwa, ale czytam do końca. Ona już bez skrępowania łka i wyciera głośno nos chusteczką, a następnie wychodzi. Stoję jak wryta, ludzie się na mnie gapią z pytajnikami w oczach, zonk, kurtyna.


Następnie przez dwa miesiące, chodząc korytarzami szkoły, słyszę kątem ucha tekst: paczaj, to jest ta, co doprowadziła Małą Mi do płaczu! Panie nauczycielki, kucharki, woźne i higienistki kserują sobie moją pracę, by pokazywać ją potomkom. 


Tak się zostaje legendą.



6 komentarzy:

  1. Wiesz ze teraz juz nie ma innego wyjscia jak napisac w pigulce quesque se albo zamiescic scan pracy ;)?

    Jeszczechwile

    OdpowiedzUsuń
  2. To masz co napisac :)) Wiesz ze byloby ciekawie doprowadzic kogos do placzu dwa razy,a za drugim nieswiadomie ;)? I przy okazji przyniesc nam wiecej swiatla ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. teraz nie pisze prac, tylko posty ;) a poza tym za pierwszym razem, to było naprawdę niezamierzone, wierz mi...

    OdpowiedzUsuń
  4. Tozto twarde zadanie klikarskie,napisac cos po raz drugi z konkretnym zamierzeniem. Warsztat na lawe kochana,i jedziesz :)

    Spontan,z drugiej strony,rownie bezcenny. Pisze powyzsze tylko myslac o tym ze i spontan kiedys doznaje wstrzasu ;)

    Jeszczechwile

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie wiesz, o czym mówisz. to była praca napisana na 16 lat temu na lekcję historii, dotyczyła PRL-u. odpuść i daj żyć legendą ;)

      Usuń