6 lutego 2015

dlaczego cyborgi czasem chorują.

Źródło: unsplash.com


Jak już kiedyś wspominałam, lubię sobie pograć w squasha. 

Niestety nie jest to sport, który można uprawiać za free, jak na przykład bieganie, czy ćwiczenia rozciągające, do których nie potrzebujesz specjalnych artefaktów, poza butami, czy strojem sportowym (bo bez jakichś wypaśnych termicznych ubranek, nieprzemakających skarpet, czy innych endomondo do badania ilości wypadających cebulek włosowych i złamanych paznokci u stóp, też dasz radę).

Tylko, ze ja sobie kortu do squasha nie zbuduję, a granie w windzie, czy budce telefonicznej wychodzi tylko Remiemu Gaillardowi (temu od ślimaka śluzującego po autostradzie na Lyon). Więc pozostaje mi tylko kombinowanie i szukanie tańszych kortów, niż te, na których gram zawsze z D. 

No i tydzień temu sobie znaleźliśmy tańsze, łaaaaał!

Do tej pory zmagam się z efektami tej wspaniałej promocji - łeb mi nakurwia, z oczu wydobywa się płynne zło, a z nosa glutaminiany kataru. Walczę własnym orężem: grzanym winem, jak mi zaleciła patolog O. oraz spirytusem od Mistrza (bo na drugie Małgośkaaaaaa mówią mi).
Nie jest źle - w końcu cyborgi chorują tylko raz na trzy lata - dokładnie 3 stycznia 2012 - wiem, bo to zapisałam:
(...) a słońce było piękne trzeciego dnia Nowego Roku... Cyborg leżał w swym łóżku dłużej niż zwykle, ponieważ miał kłopoty z oddychaniem, a z jego oczu wychodziła płynna choroba - jak stopniały śnieg w pierwszym dniu wiosny.
Psychicznie czuł się lepiej, w jego sercu panowała bowiem zapowiedź nowej pory roku. W takie słoneczne poranki Cyborg czuł, że w życiu są sprawy ważne i najważniejsze - takie, które ukrywają się pod powłoką codzienności, a które często umykały mu gdzieś, bo z czasem przestał ich nawet szukać. Może dlatego, że kiedy wychodził z pracy, było już za ciemno, by cokolwiek widzieć.
Cyborg dawno nie czuł się w ten sposób, bo chorowanie nie było w jego stylu.
Był ponad przyziemne dolegliwości i bardzo się tym szczycił, z pobłażaniem patrząc na tych, którzy przynosili kolejne zwolnienia, z powodu błahych niedomagań.
Dziś jednak to on był niedysponowany i zastanawiał się, dlaczego nigdy wcześniej nie pozwalał sobie na takie chwile słabości? Odpowiedź majaczyła mu z tyłu głowy, jednak nie chciał jej wypowiadać na głos. Tak, jakby wyartykułowanie jej cokolwiek zmieniało (...)
Hmmm, jak choruję to przestaję być sobą i nie przeklinam, masakra.
Ale do rzeczy.

Poszliśmy se z D. na tańszy kort, jednak już po przejściu progu przybytku sportów wszelakich, wiedziałam, że to nie była nasza najlepsza decyzja ever. Ale za złe decyzje trzeba płacić, jeśli się je samemu podjęło, czyż nie? Nie ma miętkiej gry, gdy chodzi o doświadczenia, przynajmniej nie w naszym przypadku.

Włazimy, płacimy, przebieramy się, dostając delirki z zimna (ja patrząc przy tym, jak wygląda sufit podwieszany od wewnątrz, bo damskiej szatni chyba jeszcze nie skończyli budować?), no i wbijamy na kort.

K-o-r-t.
Qrwa.
Musiałm zajrzeć do słownika, żeby się upewnić, że moje wyobrażenia nie są jakieś baśniowe w chuj. Bo mniemam, że lepsze korty do squasha ma Borat w Kazachstanie, kaj sobie gra z tą kozą.

Nie dość, że pizgało zimnym złem tak, że po 10 minutach poszłam się odziać w szaty dres, (co jest niebywałe przy squashu, gdyż przeważnie po 10  minutach gry, raczej jestem spocona jak świniozaur), to do tego przednia ściana kortu pokryta była u góry - uwaga - styropianem, który malowniczo opadał, niczym śnieg, gdy jebło się weń piłką. Jingle bells, jingle bells, jingle all the way... Musieliśmy śpiewać, żeby się ogrzać. Lewa łapa tak mi zmarzła, że jak D. zaczął ją rozcierać, to myślałam, że go z bólu palnę w łeb. 

Natomiast, gdy piłka odbijała się poniżej dolnej linii, uderzała w blachę, która się hmmm rozwarstwiała, jakby chciała ją połknąć, niczym wilk babcię. Powyżej ścian bocznych wisiały siatki odgradzające sąsiadujące korty, które to (te siatki) wyglądały jak wyciągnięte z kutra starszego, niż stary człowiek i może morze. One niewiele już mogły, tylko smętnie wisieć. 


To wszystko podlane było trzema rodzajami muzyki, dochodzącymi nie wiadomo skąd, z dołu, z góry, z boku, pan chuj wie, skąd jeszcze. Niestety żaden z tych dźwięków nie dostanie się na moją playlistę do słuchania przy pisaniu, albo sprzątaniu, a już na pewno nie przy grze w squasha. I jeszcze te ryki z jakiejś sali fitness. Jezu, teraz już wiem, dlaczego nigdy nie byłam na tych wszystkich zumbach i innych ciulstwach, które ludzie robią w grupach. Bo gdyby mi ktoś mówił: mocniej, szybciej, teraz (szczytuj)! to bym go piznęła w łeb od razu. Chyba wolę truly, madly, deeply. Czyli w swoim tempie. 

I po cichu, qrwa.

Nazajutrz obudziłam się z bólem mięśni dupy, ud oraz ogólnym rozbiciem, które trwa do dzisiaj, czyli już tydzień.

Ale na bal przebierańców udało mi się pójść i było zajekurwabiście, co nie, O.?

O tym napiszę następnym razem, I promise.




<tu kliken> przy tym, to ja mogę ćwiczyć, a nawet praktykować

<tu kliken> lubię facetów z takimi nosami, jak Daniel Day Lewis
<tu kliken> prześwietne, bierta!



2 komentarze:

  1. No cóż... Mój Młody w skłosza nie grywa co prawda, ale nabawił się ostatnio sraczko-żygaczko-kaszlaczko-duszności, więc też piję grzane wino (on nie może, bo po pierwsze małolat, a po drugie antybiotyk mu 2 razy dziennie w otwór gębowy regularnie wstrzykuję). Także - łączę się w bólu :P

    OdpowiedzUsuń
  2. heheheh, ja już na finiszu jestem, I hope... nieskończoność wodokataru wypływa ze mnie ;) do poniedziałku będzie git! albo gil...

    OdpowiedzUsuń