15 lutego 2015

dlaczego w karnawale trzeba jeść mięso.

Źródło: archiwum własne (Vendetta i ja)




Tak więc trwają dzień pączka, dzień pecha, dzień zakichanych - te trzy: z nich zaś najgorszy zawsze jest... koniec karnawału. I koniec jedzenia mięsa (carne vale - znaczy żegnaj mięsko) - bo niegdyś ludzie przestrzegali postu, by z większą przyjemnością nawpieprzać się potem w święta. 

Też miewam jeszcze czasem takie jazdy - z których najdłuższa trwała dwa lata - po czym dochodzę do wniosku, że owszem, zwierzątka kocham, ale świnie, krowy i kurczaki nie aż tak bardzo, jak pieski i kotki. I żadne wegeoszołomy nie przekonają mnie swymi wegeakcjami, że jest inaczej. Znam swój organizm, on zna mnie i z mięskiem dogadujemy się (wciąż) bardzo dobrze.

Przez ten koniec karnawału oświeciło mnie, że przecież dwa posty temu obiecałam opowiastkę o balu przebierańców, right? 

Fajnie jest sobie czasem wyskoczyć na takie party w maskach, a skoro Wenecja, Rio de Janeiro, czy nawet Notting Hill nie wchodziło w rachubę, to musiałam zadowolić się rodzinnym Zabrzem. A gdzie w górniczym mieście najlepiej odprawić bal? Oczywiście w kopalni, z której wszystkich górników wymiotło do stolicy, bo się umówili na imprezkę z rolnikami o zimnych łokciach, wystających z Fergusonów i Ursusów.

Jako Ślązacy przyzwyczajeni do czarnego powietrza, mogliśmy zjechać kilkadziesiąt metrów pod ziemię prawie bez traumy - bo na czas podróży windą do piekła, czarne stało się wszystko. Nawet biały dziób ptaka, będący strategicznym elementem mego przebrania oraz końcówki patombre na łbie. W takim sensie, że przez kilka minut widzieliśmy ciemność, jakby wessała nas czarna dziura, a następnie wypluła 320 metrów niżej. W tym czasie niezidentyfikowany głos dochodzący zewsząd, opowiadał kawały o jakichś tureckich kozach, czy owcach, albo były to rumuńskie nietoperze (?). Nie pamiętam, bo bardziej skupiałam się na głosie pana, który miał papiery na tę windę i jechał z nami, tłumacząc jednocześnie, co należy zrobić, gdyby komuś zachciało się stamtąd spieprzyć, gdyż odkrył nagle, że kopalnia to jednak nie jest miejsce, gdzie można wyleczyć się z galopującej klaustrofobii.

Nie było tak źle - przestrzeń na dole okazała się wręcz spora, tak, ze S. mógłby tam trenować biegi przygotowujące do tych jego maratonów z endomondo. Tylko nie wiem, czy by wytrzymał wszechobecny zapach smażonego mięsa, który roztaczał się we wszystkich chodnikach i zakamarkach kopalni, wnikając w nasze pory, włosy i przebrania. Nie wiadomo też, czy była to wołowina, czy może jakiś zagubiony w czasoprzestrzeni Łysek, który tu kiedyś patatajał, ciągnąc wagonik z węglem? Jeśli winda wożąca balowych gości działała tej nocy jak DeLorean, to jest możliwe, iż wdupiali bułki z koniną. 


A że żaden Polak po jedzeniu nie zapomina o paleniu, to - i tu nastąpił mój szok termiczno-światopoglądowy - udawał się do palarni. Co jak co, ale taka miejscówa w kopalni i to bez napisu VIP room, to już jest wypas, którego istnienia kilkaset metrów pod ziemią, do tej pory nie ogarnęłam. Bo ja, głupia, myślałam, że w kopalni się nie pali! A tu się pali, pije, je, tańczy, śpiewa karaoke, ogląda pary dające sobie po szlagu (tak przy wszystkich, ale już się kochają) i poznaje Amerykanina przebranego za Huckleberry'ego Finna, który zapałał sympatią do M. vel Ali G. In da house. 


Bo z naszym Alim, który obok Banana, był największą gwiazdą balu, zdjęcia chcieli mieć prawie wszyscy. Za późno się zorientowaliśmy, że należy domagać się za to stosownych opłat, aby jego partnerka, Audrey Hepburn miała co pić, w swym kubku po kawie na wynos, którą podpieprzyła ze śniadania u Tiffanny'ego. No i później Ali G. musiał odczyniać liczne uroki i tańce na parkiecie, przy których Michael Jackson oraz Mc Hammer to dwa małe pimpusie (w tym jeden świętej pamięci).  Wszystko zostało sfilmowane przez niejakiego V like Vendetta, aby Audrey mogła pokazać Aliemu, gdy wytrzeźwieje, jak z minuty na minutę jego złota keta od roweru, robiła się cięższa i cięższa, ciągnąc go coraz bardziej ku podłodze, tam, gdzie kończyły się jego żółte gacie. 


Tak było - zaprawdę powiadam wam.


A potem nastał huk, łomot, trzepot białych mew i zrobiło się cicho. 


Przez głowę przemknęła mi myśl, że jednak udało mi się przybić gwoździa i palnąć dziobem ptaka w stół, odpływając na przestworza oceanu snu. Ale nie, ocknęłam się z letargu i co widzę? Jakaś wesoła dziewczyna leży na parkiecie, a pod nią leży sobie cały sprzęt didżejski, składający się ze stolika, laptopa i jakiegoś wzmacniacza, czy chujwieczego. W piętnaście sekund dziewczyna została zutylizowana w bezpiecznym dla nas wszystkich miejscu, didżej czym prędzej zaczął zbierać swój sprzęcik sprzęt grający, a ludzie udali się pić, widząc, że naprawa nagłośnienia trochę potrwa. My poszliśmy sobie pośpiewać na karaoke, zgodnie z zasadą nie umiem, to se powydaję dźwięki paszczą.

Na szczęście akcja-regeneracja powiodła się i za jakieś 20 minut muzyka znowu popłynęła z głośników. Okazało się, że szkody są niewielkie. Odłamał się tylko kawałek jabłka, co było przyklejone na laptopie didżeja. Powiedziałam mu, że jak znajdzie, to ma se je przykleić srebrną taśmą, wtedy żadne najebane baby nie będą mu już straszne.


<tu kliken> tańczyliśmy wszystko po kolei, tak jak on

<tu kliken> tego chyba nie było, ale uwielbiam ten kawałek, więc bierzcie

2 komentarze:

  1. Ha, nie tylko zatem ja uprawiam didżeing amatoring po złych winach. Mogą być złe wina, choć wyszło, że to moja wina. Wina już nie pijam, w sumie też już nie grywam, chyba, że na nerwach, ale i tu źle steruję pokrętłami.

    Ta Twoja maska jest jakaś całkowicie przegenialna, cytując panią z Klanu dorzucam jeszcze ABSOLUTNIE!

    OdpowiedzUsuń
  2. wiem, lisku, jak się zobaczyłam na zdjęciu, sama się przelękłam! bo wcześniej nawet nie obczaiłam się w lustrze, bo nie miałam czasu ;) BTW, Lara Croft sądziła, że jestem facetem. musiałam jej udowodnić, że tak nie jest... pokazując cycki. no i robili sobie ze mną zdjęcia, jak z Alim G.
    PS. wino jest dobre, bo jest dobre.

    OdpowiedzUsuń