7 marca 2015

a jaka jest Twoja ulubiona pozycja?

Żródło: archiwum własne


Pod tyłkiem koniecznie różowa poduszka, bo siedzenie na krześle z Ikei za 39,99 z białymi szczebelkami skutkuje odbiciem ich kształtu na pośladkach, a ja zawsze wolałam czytać o Dorianie, a nie Christianie. Grayu, nie Greyu.

No, nie dorobiłam się fotela prezesa, bo fotel byłby większy niż gabinet, a poza tym przeszklone ściany i rekwizyty władzy o fallicznych kształtach, to zupełnie nie moja urzekająca historia - wolę drewno, paździerz i drzazgi. Chociaż ten paździerz mógłby w sumie nazywać się BDSM, a nie OSB, bo drzazgi z niego wychodzą i wchodzą. Wszędzie. Zwłaszcza, jak się ma tym ustrojstwem obudowany blat i szafki w kuchni, to... może być hardkorowo.

Ale ja nie o tym... a może jednak?
Przecież na blacie w kuchni też to niedawno robiłam.
A jeszcze pół roku temu mogłam o tym tylko marzyć! Od pamiętnej chwili, kiedy nabyłam pewien przyrząd, dostarczony mi w pudełku po piśmie świętym (sic!), moje marzenia stały się rzeczywistością.
Mój święty totem, codziennie pod nim klękam.

Muszę jeszcze wymyślić coś na zmiękczenie oparcia krzesła, a przecież nie zrobię mu na drutach ubranka z różowej włóczki, żeby komponowało się z poduszką?! Jak poszłam do sklepu z artefaktami krawieckimi i powiedziałam pani, że potrzebuję etui na krzesło, to wysłała mnie do muzycznego, że tam niby mają takie różne pokrowce na instrumenty, to może se coś znajdę. Nie znalazłam, bo sklep był zamknięty, a później już mi się nie chciało.

No więc z dupą na poduszce (pieprzone guziki wszystkie odeszły 
już do pudełka, bo jednak poduszka eksploatowana jest codziennie. Taaa... lubię to!), plecami na twardym, wpijającym się oparciu z dziurą, która pod pewnym kątem wygląda, jak księżyc z wiersza Edgara o Annabel Lee (nie, nie mam paranoi - spójrzcie na zdjęcie powyżej), no i lewa noga.

Lewa noga jest najważniejsza.

Uniesiona do góry, z łydką opartą na stole, kolano znajduje się na wysokości mego serca - tak, jak mierzy się ciśnienie normalnym ludziom. Znaczy im raczej na ręce.
W tej pozycji mam pełną swobodę ruchów, łatwy dostęp do wszystkiego, luz i kontrolę nad całym ciałem.
Prawa noga spoczywa na podłodze, stopą bawię się futerkiem puchatego dywanu, rozcapierzając palce, tak jakbym chciała chwycić nimi jego pojedyncze, zielone włoski.

Jest idealnie.
Czuję się jak królowa.
Czasami winna, czasami bez białego wina.
Często w małej czarnej, bo nie lubię mleka w kawie.


A Ty, w jakiej pozycji siedzisz przed komputerem / la ptokiem?


*ten przyrząd w pudełku po piśmie świętym, to był router wi-fi-ri-fi, nie wibrator.





6 komentarzy:

  1. Hahaha! Ależ się uśmiałam, czekając na zaskakujące zakończenie... No i - nie zawiodłam się :) Zwłaszcza ta *) zwyjaśnieniem mnie ubawiła :) Ech, moja pozycja podobna, tyle że mój fotel z Ikei wygląda, niczym fotel Prezesa (no, prawie, bo upstrzony jest śladami bytności mojego autika - czego na nim nie ma...). Ale noga lewa obowiązkowo w górze! Wyłożona wygodnie na biurku obok lapka spoczywa i odpoczywa :) Z tym, że na zmianę z prawą. Żeby prawej smutno nie było :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. serio? myślałam, że tylko ja tak siedzę heheheh. zatem to chyba jest pozycja idealna. ekhm... do wszystkiego.

      Usuń
  2. Ja ostatnio leżę na podłodze i podnoszę głowę by dosięgnąć do laptopa. Trochę jak kobra ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja lubię pod prysznicem - mam wodoodporną klawiaturę, więc można zapuścić jakiś inspirujacy... erotyk:)
    Przyjemna historyjka. Lenta

    OdpowiedzUsuń