13 marca 2015

koty, koty widzę wszędzie. a ja wolę psa...


Źródło: archiwum własne (Zenka po lewej)

Chciałabym mieć zwierzątko, ale takie prawdziwe, a nie na farmie na fejsie, którą trzeba obrabiać i sadzić tam kapustkę. Bo ja nie chcę kozy raczej, ino coś bardziej pokojowego, nie, że łagodnie usposobionego, lecz w sensie salonowego i nie skaczącego na pochyłe drzewa i kopalnie diamentów na różnych levelach.

Albo coś podupiłam, nie grałam nigdy w nic na kompie, czy telefonie - prócz jednej gry, co mi ją Sajmon zapodał i była o takiej kupie, która chodzi i nie wiem w sumie co robi. 
Kupa Pou, pouż się i niech muchy latajom.
No właśnie, właśnie...

Zenka Dzika Kotka nie zamieszkała do tej pory ze mną, ponieważ prawdopodobnie czuła od razu, że nic z tego nie będzie. Bo ja w sumie nie lubię kotów, gdyż ponieważ wkurwia mnie to, że traktują właściciela tfu, opiekuna, jak otwieracz do puszek, że włażą wszędzie, łącznie ze stołem, żrą kwiatki, zrzucając doniczkę na podłogę, rozpierdalając ją majestatycznie w drzazgi, że ich kłaki są na wszystkich ubraniach, zamieniając domownika w jebane yeti, za którym rolka z taśmą klejącą nie nadąży nigdy. Bo takie futro bardzo. Że sikają czasem na dywaniki, łóżko, a nawet do pralki ze świeżo wypranym praniem, a ich kupa capi tak, że nie da się jej posprzątać bez odruchu wymiotnego i kackupa studenta po weekendzie, przy jej zapachu, to oceaniczna bryza z wybrzeży Seszeli.

Bla, bla, bla... tylko, że jak W. powiedział, że przejechał jakiegoś kota, a ja osłupiona pytałam, jakiego koloru był: czarno-białego czy może szarego (Zenka szara tygrysica jest), to prawie zeszłam na zawał. Ale na szczęście on odparł: wiesz, jak go wyciągałem, to był czerwony, więc się uspokoiłam, to nie mogła być Zenka. To musiał być kot Schrödingera w wersji zmumifikowanej zmodyfikowanej - jednocześnie żywy i umarły, gdyż W. ściemniał w opór, że go potraktował kołem samochodu. Wioząc te swoje pszczoły luzem.


Ludzie ogólnie dzielą się na tych, którzy sierściuchy lubią i martwią się o nie, oraz na kotonielubnych. Tak jak S., dumająca na głos, czy jej kotek (który miał wówczas trzy miesiące), ma już wszystkie zęby i czy nadal musi mu blendować wszystko, jak bezzębnemu staruszkowi, albo synkom, jak byli mali? Do drugiej kategorii należy na pewno D. który na jej pytania z marszu odpowiedział, że koty żyją cztery miesiące i że zapewne niedługo wypadnie jej ten czarnuch z kocyka i już nie będzie musiała nic mu z pietyzmem mielić. S. oburzona i zdegustowana stwierdziła, że D. nie umie rosnąć w brodę, więc druidem i tak nie zostanie, po czym odwróciła się na pięcie i udała na przedprzerwę.

Słuchałam tego wszystkiego stojąc w swojej piżamce od p(a)rady i jedząc kabanosa, którego ktoś mi zostawił zawiśniętego na ekranie lapa. Przegryzając tymi nitkami, których nazwy zawsze zapominam, a które tak kurewsko wchodzą w zęby. Tymi, no... kiełkami. Tylko chyba z próchnicą, bo tam takie brązowe coś było jeszcze, kuleczki takie.

Chuj wi, co to było, nikczemne nie było.


O. do mnie: bój się boga, dziewczyno, dlaczego ty to jesz, jak to pewnie stare jesi jad kiełbasiany z tego wychodzi? Na to M. odpowiada O. za mnie, żeby mnie bogiem nie straszyła, bo ja przecież agnostykiem jestem. No pewnie, przecież nie ugotuję sobie tego kabanosa, jak N. kaszankę, którą podała wraz z herbatą przygotowaną na oranżadzie, bo jej się butelki w kuchni pojebały?

No, więc zeżarłam do końca kabanosa, przypominając sobie pewną traumatyczną historię z dzieciństwa. 

Nie tę, w której koleżanka nie wiedziała, do jakiego autobusu wsiąść, by dojechać do szkoły, więc po 4 godzinach olała system i nie poszła wcale, bo nie przyszło jej do łba, aby kogoś spytać, o numer autobusu. Takie historie to można pociskać w dorosłym życiu, pani nauczycielka by tego na pewno nie łyknęła. Kiedyś nauczycielki były srogie i nie dawały sobie wchodzić na głowę, ani cokolwiek sobie na nią w nią wsadzać.


Historia o moim biegu z autobusu z pełnym pęcherzem i posikaniu się na własnej wycieraczce, w trakcie wyciągania klucza, też nie była aż tak traumatyczna. Pissing nie nastąpił bowiem przy chłopaku, który wysiadł ze mną i koniecznie chciał mnie odprowadzić. Nie miałam czasu na pierdolenie o szopenie i wpływie spalin środków transportu publicznego na życie seksualne, bądź jego brak. Gdyby był Usainem Boltem, to może by coś z tego wyszło, niestety musiałam biec. 


A i tak za wolno.


Tak se właśnie patrzę, że ten wpis jest w chuj długi, więc zaczekajcie, moi mili, do następnego, a wtedy opowiem Wam tę historię o zwierzątku.

Deal?



<tu kliken> wczoraj sobie znalazłam, świetne!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz