26 marca 2015

quod me nutrit me destruit.

Żródło: archiwum własne (herszt bandy w szelkach, to ja)


Jak obiecałam Wam ostatnio, wsiadam na chwilę do swego DeLoreana w głowie i ustawiam w nim datę na jakieś dwadzieścia lat wstecz - do czasów, gdy byłam podwórkowym zakapiorem w szelkach i gęstą grzywką. Takim małym Alem Pacino grającym w podchody i skubiącym słoniol na placu, no.

Traumatyczna historia, o której wspomniałam, dotyczyła pewnego chomika o wdzięcznym imieniu Miłek. Choć miły to on raczej nie był, tylko wredny. Wiem, bo mnie ujebał w palec, jak go chciałam ponosić na moich dziesięcioletnich rączkach i trochę potulić.
Otóż mój kolega S. miał brata D. i małego niemiłego gryzonia. Miłek był milutki i mięciutki, ale nudny w chuj, bo ino spał i żarł te swoje suche marchewki, sadząc potem małe chomicze bobki. Czasem spierdalał z akwarium, wychodząc z niego sobie tylko znanym sposobem, którego nikt nigdy nie poznał, pomimo licznych obserwacji uczestniczących i nie. Udawał się wtedy na przechadzkę po zakamarkach mieszkania, szczególnie lubując się w szparze pomiędzy ścianą pokoju, a meblościanką (to takie komunistyczne meble bardzo). Tymi regularnymi pielgrzymkami wąskim korytarzem w górę doprowadzał wszystkich domowników do zawału serca, ponieważ istniało przypuszczenie graniczące z pewnością, że Miłek kiedyś tam zostanie, uwięziony w szczelinie, jak wielu śmiałków przed nim na K2. 

Teraz jednak se myślę, że może chciał spróbować squirell flying, jak kolesie w wingsuitach na YT? W końcu od polatuchy różnił go tylko mniej mantowaty wygląd, ale też się tak dywanikował, jak się go głaskało. Może marzył o bungee jumping z liną przywiązaną do ciężkiego, kolędowego krzyża stojącego na szczycie szafy? Albo po prostu lubił podążać wąskim tunelem w stronę światła, ocierając się przy tym, jak koneserzy froteryzmu w lubelskich trolejbusach? Tego niestety już się nie dowiemy, bo w tym momencie nastąpiło wspomnienie we wspomnieniu, jak sen w śnie, jak muffinek Schulza i pachnący rodzynkami keks niedoszłej teściowej.


Gdyż myśląc o kolędzie i o wąskich przestrzeniach, przypomniała mi się koleżanka, K., mieszkająca z rodzicami (co ma znaczenie, jak się zaraz przekonacie), w kawalerce. Pewnego pięknego dnia w ich małym mieszkaniu rozległ się dźwięk metalicznych dzwonków, obwieszczających przybycie chłopców z puszkami pandory i przybieżeli swym Bentleyem na ustach. Czyli tych kolesi, co się hajtają z maryjankami.
K., która nie zdążyła w porę ulotnić się z domu (bo za panem w czarnej sukience nie przepadała aż tak, by go częstować herbatą), skoczyła niczym żbik na spidzie w kierunku jedynego miejsca, które pozostawało poza zasięgiem kogoś, kto wchodził do hacjendy. Czyli w przestrzeń między pralką a zlewozmywakiem. Jebła tam z hukiem, ale nie mogła nawet zapłakać, czy przeklnąć, bo za ministraganiarzami ministrantami wszedł już koleś w kiecce. I nie był to Szkot, bo miał majtki. I chuj, posprzątane. K. prawie nie oddychała i nie ruszała się, bo primo miała dość tłustą dupę, która weszła tam na styk, secundo każdy ruch powodował ból i dziwne skrzypienia. Biedna wytrzymała tam całe 15 minut, modląc się w duchu, by mama nie zaproponowała gościu-gościowi-eee-kościołowi tej jebanej herbaty, bo niechybnie straci pośladki w żelaznym uścisku pralki i szafki pod zlewem. Z tego, co pamiętam, odchudzać zaczęła się dopiero pięć lat później. I nigdy więcej nie miała takiego ścisku dupy. Lubię ją.


Ale wróćmy do mojej chomiczej traumy i nie popadajmy w limbo, bo ja takich wspomnień mam pierdyliard.


Pewnego dnia moi młodzi koledzy zostali poinformowani przez mamę, że zapachu siuśków i dropsów Miłka nie da się już wytrzymać, więc mają jak najszybciej ogarnąć jego akwarium, żeby nie capiło i nie szczypało w oczy. Kto kiedykolwiek miał futrzaczka, ten wie, że wsadzając głowę do takiego dawno nie sprzątanego pojemnika-na-chomika, można się poczuć jak dzieciaki wąchające butapren w autobusie nr 83 do Tarnowskich Gór. Czego byłam kiedyś świadkiem. Czyli można mieć wizje, jak ta pani, co jej się buzia ukazała na niebie, o ta:


<tu kliken> i paczaj na buzię


No i fajnie, jak to mawia W. oraz pan z reklamy, chłopaki wzięli się w końcu do roboty. A że to sprytne chłopaki były, to se wzięli odkurzacz i zaczęli akwarium odkurzać, żeby zrobić ogar szybciej, czyściej i w ogóle mniej śmierdząco. Tym bardziej, że Miłek znowu polazł se na wycieczkę w tunelu szafoprzestrzennym, bo nie było go widać, ani słychać. 

Tak.
Znaczy tak myśleli.

Przez całe 2 minuty odkurzania.

Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego to zrobił. Dlaczego udawał, że go nie ma, skoro był.

Ostatnią wędrówką Miłka była wędrówka w górę rury czerwonego odkurzacza. Wędrówka, której niestety nie przeżył. Cóż, jeśli pniesz się w górę, musisz być przygotowany na to, że będzie ciężko, czasem bardzo ciężko. Jeśli ludzie mają swoje Kilimandżaro, to możliwe, że chomiki mają swoje odkurzacze.


Zrobiliśmy mu ładny pogrzeb.


Nigdy więcej nie chciałam chomika, trauma trwa do dziś.




<tu kliken> o mózgu, co nie działa, fajne
<tu kliken> o duchu (chomika) przed śniadaniem


1 komentarz:

  1. Miałam chomika. Zginął śmiercią tragiczną, przy czym wersje są dwie równoległe. Albo moja ciotka (faktyczna właścicielka Myszowatego) zapomniała go wyciągnąć przed trzepaniem jego akwariumowego "dywanika" i odbył lot naddźwiękowy poza taras... ewentualnie Kot nasz zwany Nurkiem poirytowany eksponowaniem żarcia za szkłem znalazł sposób na dobranie się do czarno-białego deseru i Myszowatego skonsumował. Jakkolwiek chomik przestał istnieć, a następnego nigdy nie było (wyjątkowo nudne i wredne zwierzątko - też mnie w palec upierdolił)... Pogrzebu nie było z braku zwłok ;)

    OdpowiedzUsuń