26 kwietnia 2015

jestem drapieżna, jak kaszanka.

Źródło: archiwum własne (to jest Zenek, tak sobie leży pod stołem)


Pani Wiesia, kobieta po sześćdziesiątce, ale zadbana i wypedikiurowana w opór, lubiła spędzać soboty na dwugodzinnym moczeniu się w wannie. Więc twarde pięty, czy coś, nie wchodziły w rachubę, bo jej niepotrzebny naskórek ładnie zżerały rybki z gatunku garra rufa, podczas zagranicznych-licznych wycieczek szlakiem św. Jakuba, tego od muszli. 

Leżała w soli o zapachu lawendy, płatkami ogórka na powiekach i cierpliwością tybetańskiego mnicha, usypującego mandalę z kolorowego piasku. Cierpliwość tę ćwiczyła przez lata całe, bo ilekroć tylko po napisach końcowych Familiady udawała się do swego łazienkowego królestwa, napuszczała do wanny wody, by odprawić swój sobotni rytuał ablucji w fioletowych kryształkach, tylekroć jej mąż, Zdzisiek, dostawał ataku sraczki i ładował jej się do łazienki, na posiedzenie Reichstagu. Widocznie tak na niego działały dowcipy Carlosa Hamburgera, bułka była czerstwa, a może mięso miało problem z akomodacją w żołądku i wolało polecieć na białą damę. 

Bo nie sądzę, by drogi małżonek był tak pomysłowy jak ja, kiedy pewnego pięknego poranka, przed udaniem się na wykład z pijaru, popiłam sobie kiszoną kapustę mlekiem (na temat dziwnych upodobań pokarmowych z lat studenckich może wypowiem się kiedyś obszerniej) i.. prawie umarłam w autobusie nr 86. Widziałam smog, smoki i miałam zimne poty, rili. Na belce (dworcu autobusowym) już nie wysiadłam, bo nie byłam w stanie, tylko wróciłam do domu, gdzie cały dzień ratowała mnie babcia, a ja rzygałam, jak kot, co się nawpierdalał trawy na przeczyszczenie, zamiast ją wypalić. Eee... ale ja nie o tym. O Karolku była mowa, a on ma, jak widać, podobne właściwości oczyszczające, jak kapusta. 

No więc, pani Wiesia miała cierpliwość, bo będąc od 30 lat małżonką pana Zdzisia, zdążyła się przyzwyczaić do jego akcji i reakcji po Familiadzie i nie tylko. Słowem - gdyby nawiedziła ją Drzyzga, to by nie wyszła od niej przez miesiąc, a producent Trudnych Spraw, czy tych innych paradokumentalnych seriali tele, mógłby zwolnić reżysera w pizdu. Nudno nie było, nawet w soboty, kiedy czas upływał na gotowaniu niedzielnego obiadu, moczeniu dupy w wannie oraz udaniu się na niedzielną mszę odbywającą się wieczór wcześniej, o 18 (sic!). 

Tego dnia w zwykły harmonogram wpisała się jeszcze wizyta Ilonki, która wpadła do rodziców, aby dowiedzieć się, czy jak się dzwoni na farę (to jest ten dom, co mieszkajo w nim księciunie), to powinno się powiedzieć dzień dobry, czy niech będzie pochwa? Ilonka pojawiała się w kościele tylko z okazji jakichś większych przekrętów życiowych, jak stypa, ślubowanie maryjanek, albo pasowanie mieczem na ministranta, więc nie chciała popełnić jakiegoś chapo bas i na starcie zamknąć swemu nowonarodzonemu Brajanowi furtki do raju, choć podobno, jak śpiewa Maryla, są takie aż trzy. A że mamunia była w kościele co tydzień, bo tam była taka maryjka, co jak się wrzuci 2 zeta, to ona ładnie świeciła, a Wiesia w końcu lubiła płonące babki, sama przecież taka była, no to wrzucała 2 razy w tygodniu około 8 zeta, co by figurka była gorejąca, jak ten krzak z biblii. Ale ja nie o tym przecież chciałam...

Ilonka wyglądała jak Wichura z Kilera, ta co se cycki smażyła - wiecie, golf w panterkę, tipsy w migdał, lateksowe legginsy i kufajka z futerkiem z mysich cipek. Po mamuni to miała, no, zadbana była, oj była!
Wbiła się do rodzinnego mieszkania między jednym dowcipem Hamburgerka, a drugim, wypiła kompot, bo ciepło było i poleciała, bo jej typowy Seba siedział z Brajanem w doma, a na piwo chciał se wyjść. 

Ilonka wyszła, mamunia poszła się moczyć, Zdzisiek zaległ na tapczanie, zasypiając w pięć minut i tym sposobem nie nastąpiło zawiązanie akcji geberit-koło (bo spłuczka była wymieniana).

Wiesia wyszła więc z łazienki bardzo zadowolona, bo po trzydziestu latach pożycia, na palcach jednej ręki mogła zliczyć tak udane pobyty w lawendowym spa, jak tej soboty. Weszła do pokoju, spojrzała mimochodem pod stół i zaczęła krzyczeć, wyrywając tym krzykiem Zdziśka ze snu w sekundy trzy. Pod stołem leżało coś brunatnego (nigdy nie wiedziałam, jaki to kolor, ale fajnie brzmi), kudłatego i chyba nieżywego, bo skoro krzyk Wiesi tego nie poruszył, to musiało być zdechłe na stówę. 

- Zdzichu, weź no zobacz, co to jest, szturchnij kijem od miotły, może coś wlazło za Ilonką z dworu? - piskliwym i pełnym przerażenia głosem poprosiła męża.

Ten, rozespany i z miną, jak mój kot, gdy wyrywam go ze snu i każę się bawić, żeby mi nie odpierdalał maniany w nocy, wziął posłusznie mietłe i jął powoli dotykać włochate coś pod stołem. Nie ruszało się, nie wydawało dźwięków ani zapachu odstraszającego, więc z bijącym sercem podszedł bliziutko, nie bacząc na ale Zdzisiek tylko uważaj, ale Zdzisiek tylko uważaj wypowiadane z prędkością uzi przez Wiesię, uciekającą do łazienki w turbanoręczniku na głowie, co by odżywka lepiej się była zaktywizowała na jej blond włosach.

- I co, i co, Zdzisiu? Już? Co to jest?! - piszczała do męża, jak mysz, zza drzwi. 


- Nic, głupia kobieto, dzwoń do Ilonki i powiedz jej, że ma se przyjść po swoją kufajkę, bo pewnie będzie jej jutro szukać.


<tu kliken> mc młotek też lubi kamizelki
<tu kliken> zawsze wprawiajo mnie w nostalgię i się tego nie wstydzę, o!

2 komentarze:

  1. Uwielbiam Cię uwielbieniem szczerym, ju noł? ;-)
    Przeżyjmy to jeszcze raz.
    Ja musiałam.
    No.

    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aj noł i vice versa hasta la vista i karpie zjem, bejbe ;)

      Usuń