11 kwietnia 2015

nudne życie to jest zuo!

Źródło: archiwum własne


Jak się ma na imię Bożenka, to nie można mieć nudnego życia, o nie. Czy widzieliście kiedyś jakąś Bożenkę, która narzekała na brak ciekawych doznań na co dzień? Bo ja nie, serio. 

Jakoś tak się dzieje, że jak tylko w życie Bożenki wkrada się stagnacja i spokój, to zaraz pierzchają one, jak stado rozbieganych kombinerek w Praktikerze. I nie wiem, jak to możliwe, ale najczęściej jest w to zamieszana policja. No i oczywiście było tak ostatnim razem, gdy stabilizacja życiowa Bożeny trwała już cały tydzień z hakiem. 

Pewnego przedpołudnia, gdy Bożena jak co dzień, pieściła klawiaturę lapa, zadzwonił do niej szef i powiedział, że w holu firmy czekają na nią przedstawiciele bezprawia. Bo w Polsce system prawa to można zobaczyć co najwyżej w kodeksie na pierwszym roku studiów, później to już nie. 

Trochę ją zatkało, bo przecież nie przyszli do niej z powodu napierdalającej muzyki, jak podczas legendarnej parapetówy (kiedy to kumpel rozwalił se łeb o kant podłogi i został Travisem z Taksówkarza z niebieskim paskiem przyklejonym pośrodku łysej czachy). No i chyba nie przyprowadzili jej znowu jakiegoś pacjenta z Toszka, który ubzdurał sobie, że z nią mieszka? Cóż - niemniej jednak serce Bożenki przyspieszyło, bo pomyślała, że niechybnie się znowu stało się COŚ. 

Poszła więc czym prędzej do tych klonów strażnika Teksasu, jak w myślach ich nazwała. W sumie nie pomyliła się wiele, bo jeden z nich wyglądał, jakby zatrzasnął się w solarium w Oklahomie, albo pomylił oliwkę Bambino z samoopalaczem z targu. Czyli jak żółta kupa. Drugi za to był całkiem, całkiem, co z przyjemnością zauważyła. Nawet kiełkowało mu coś mądrego w oczach. 

- Dzień dobry, o co chodzi? - spytała Bożenka.
- Dzień dobry. Czy kupowała pani ostatnio coś przez internet? Jakieś buty? - spytał ten o wzroku szukającym neuronów.
- Tak, a co z tego? - odparła.
- A czy były one oryginalne? - spytał Samoopalacz.
- Nie wiem, czy były oryginalne, bo szczerze mówiąc lotto mi to, jaka metka jest, bądź jej nie ma, ważne, by buty były wygodne - poinformowała policjantów Bożenka.
- A poczuje się pani pokrzywdzona, jeśli powiem, że prawdopodobnie nie były oryginalne? - dowalił ten bledszy.


Bożenka oniemiała i już miała odpowiedzieć, że czuje się pokrzywdzona w chuj prowadząc tę kuriozalną rozmowę, ale udało jej się zamknąć ryja i tylko parsknąć, jak mały źrebaczek z katarem. Płakła, ale tylko wewnętrznie.

- Nieeee, nie czuję się pokrzywdzona w żadnym razie, bo buty, które zakupiłam są bardzo wygodne, dobrze wykończone i je uwielbiam! To mówiąc wykonała wspaniałe chasse dostarczając swe obuwie przed oblicze stróżów bezprawia. 
- To są właśnie te buty, o! Wygodniejszych w życiu nie miałam! Może chcecie przymierzyć? Dotknąć? Eee... powąchać? Pachną orzechami, przysięgam! - Bożenka zaczęła się już rozkręcać.

Na szczęście w tym momencie z pokoju wyszła K., która zapałała wzrokiem w ich kierunku, jak dzięcielina pała (nie pytajcie mnie, co to jest, bo za penisa ni wim, Mickiewicz ponoć wi) i K. milutkim głosikiem rzekła do panów policjantów: a wiecie co? Bożenka lubi kajdanki... Bożenka spąsowiała, bo gdy mówiła K. o swoich ostatnich upodobaniach, to raczej nie sądziła, że roztrąbi o nich ani swoim, ani tym bardziej obcym psom. Pan ochroniarz dostał ataku kaszlu ze śmiechu, policjantowie stwierdzili, że coś tu zaczyna się za bardzo odpierdalać i że w takim razie lepiej będzie, jak Bożenka przyjdzie złożyć swoje zeznanie oświadczenie w komisariacie. Tu grunt niepewny, a tam przynajmniej swoja lamperia, sztuczne kwiatki i żółte firanki w zakratowanych oknach, nie? No i fajniej.

Bożenka przyjęła tę informację z uśmiechem na ustach, ponieważ nigdy jeszcze nie była w takim przybytku radości doczesnej i powiedziała, że z przyjemnością się tam pojawi. Wzięła od panów namiary na godziny ich urzędowania, coby się czasem nie rozminąć (zwłaszcza z tym mądrzej wyglądającym) i pożegnała ich słodkim: do zobaczenia jutro, o stróże niebiescy! 

Uciekli w popłochu. Opalony jeszcze zdążył jebnąć się o framugę drzwi, co okrasił staropolskim ja pierdoleee! Biedny.

Bożenka stwierdziła, że ostatni raz podała adres firmy, do wysyłki zakupionych przez nią dóbr (oryginalnych bądź nie), bo więcej takich nalotów dywanowych w robocie nie chce doznawać. 

Nazajutrz złożyła panom rewizytę w ich miejscu pracy. I to miejsce już nie było tak przytulne, jak jej. Ale to już zupełnie inna historia, do której powrócę, jak mi się zachce ją opisać. 

Deal?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz