21 maja 2015

wyobraźnia to przekleństwo.


Źródło: archiwum własne

Ilekroć jadę samochodem, zastanawiam się, czy kierowcy jadący z naprzeciwka naprawdę sądzą, że nie widzę, jak dłubią w nosie? Strasznie mnie to irytuje, bo zamiast myśleć o drodze, myślę o tym, gdzie ląduje ich palec z glutem - na czym rozsmarowują swą zdobycz? Kierownicy, fotelu, czy może desce rozdzielczej? 

Zapominam wtedy, że Wagen dla ludu nie ma szóstego biegu i moc jego koni jego mniejsza, niż szybkość jednego araba w galopie, nawet z ładunkami wokół pasa i prześcieradłem na łbie. Nie wiem, jak to się dzieje, ale pomimo tego ewidentnego braku w skrzyni biegów przełajowych, pomimo tego, że jestem bardziej furious niż fast - i tak udaje mi się czasem wdać w pogawędkę z panami lizakolubnymi. Jestem pewna, że jara ich oglądanie czerwonokrwistych ust ułożonych w dziubek. Mam taki nawyk, a może natręctwo, że gdy czekam na światłach, to maluję sobie usta na czerwono, a paznokcie na zielono, albo na odwrót. Czasem zacina mi się zamek u sandałów i maluję tylko na jednym palcu, tym, który wystaje. Rzęs nie paćkam, bo gdy to robię, dosięgają wtedy szkieł okularów i to mnie boli. Poza tym, okulary lepiej chronią przed światlem, bo przez nie słońce nie przecieka, jak przez rzęsy.


No i jak czasem taki pan ulicznik z drogówki, każe mi się zatrzymać, to nie mogę mu przecież powiedzieć, że patatajałam tymi swoimi 64-ema konikami zbyt rączo, bo mi się zapomniało, gdyż rozmyślałam, nad losem kozy, co łaziła po kierownicy, a ona była podgrzewana i koza się rozpłynęła? Dokładnie tak samo, jak moje dziecięce marzenia zostania niewidzialną i słyszącą myśli innych? Qrwa, ale długie zdanie, sama go nie ogarniam, a co dopiero ten ulicznik. 

Nie opowiadam o kozie, bo pan każe mi wysiadać z samochodu i mówi, że piłam spryskiwacz, bo mu tak suszarka powiedziała. Jestem pod wrażeniem jej czułości, ale przypominam sobie zaraz, że to zimowy płyn, bo przecież ja lubię pić trunki dobrze schłodzone. Borygo, denaturat, płyn do chłodnic skoncentrowany i płyn silnikowy też. Przynajmniej nie trącą korkiem. 

Alkohol mamy już odhaczony, pan pyta następnie, czy może jakieś narkotyki? Ja mówię, że nie, dzięki, już wszystko mam i wskazuję głową na tylną szybę, gdzie leżą poukładane woreczki z proszkiem wchłaniającym wilgoć, która mi wchodzi do auta od dołu, od góry i po bokach, bo Wagen to nie jest amfibia Pana Samochodzika, choć bardzo bym tego chciała. Pan pyta, co to ma być i co mam w tych woreczkach, no to mu mówię, że koks z Afganu i że niech mnie już puści, bo i tak jestem spóźniona do roboty, do chuja pana. Każe mi pokazać jeden woreczek z wężykowymi napisami i chce go rozpruć jakąś finką zajebaną harcerzykowi, no to mówię, że to w sumie może być wąglik i żeby uważał, bo ja się na arabskim nie znam, poza tym, że jest od prawej do lewej. 

Popatrzył na mnie jak na uciekiniera z Tokio, ale nie tego w Japonii, ino za Pyskowicami, machnął ręką i kazał jechać. Chyba się poddał. I dobrze, bo odkąd mnie w dzieciństwie potracił syrenką jego kolega po fachu, to ja się już niczego nie boję, zaprawdę powiadam wam. Chociaż różnie bywało i z tego co pamiętam, to moja pierwsza nauka jazdy zakończyła się na płocie sąsiada, gdzie wylądowałam groszkowym fiatem taty. To był czad! Adrenaliny starczyło mi na całe siedem lat, po których wróciłam do nauki prawidłowego ruszania z miejsca bez wyskoku na siatkę. Następnie zdałam egzamin na prawko, a przy nim matura, egzaminy na studia, a nawet obrona - to pesteczka morelki. Dlatego też, gdy pan egzaminator napisał mi na papierze wynik pozytywny, rzuciłam mu się z radości na szyję i ucałowałam w policzek, jak kretynka.

Qrwax, ale ja nie o tym przecież chciałam...

Lżejsza o jeden woreczek, jadę se więc dalej do pracy, no i znowu widzę, że jadący z naprzeciwka zachowują się co najmniej dziwnie, bo pozdrawiają mnie gestem znanym powszechnie jako 5 piw. Łotdefak again? Przecież nie mam na przodzie samochodu jakiejś swasty i orłów, płaszcz skórzany za mną nie powiewa - o chuj im chodzi? Wąsik też mi jeszcze nie rośnie? 

Nagle fejspalm! To tam je chowacie? Na suficie? A jak się odkleją z tego dachu i takie wysuszone spadną wam na głowę? Fuuuuuuj, obrzydliwstwo... 
Staję na światłach i widzę, że kobieta która rusza z naprzeciwka, wykonuje podobny ruch i nagle mnie oświeca. Dosłownie, tak jak tych z naprzeciwka, zalewa mnie ostre światło i takim samym ruchem heil the sun, spuszczam osłonę na szybę, pozdrawiając nadjeżdżających.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz