4 czerwca 2015

boskie ciało w ogródku.

Źródło: archiwum własne


Leżę sobie w ogródku, zastanawiając się nad niezwykłą koincydencją, która sprawiła, że oglądałam dziś w necie zdjęcie zielonego robala upodabniającego się do liścia, a w tej chwili obserwuję go łażącego po moim kocu.

Z lewej: Kacper, ile razy mam ci mówić, że masz nie biegać?! dobiegające z otwartego na oścież okna (bo gorąco). Z prawej, zza płota, Radio Piekary na full, z przebojem prawie nigdy nie pada deszcz w Kaliforniiiii... Czyli sielanka, w której próbuję czytać zaległe lektury (tsundoku nadal). Nie dość, ze alergia zrobiła ze mnie chomika, to jeszcze masakrują mnie śląskie przyśpiewki. Sąsiadce chyba pasują, rusza lewą stopą, leżąc rozpłaszczona na leżaku, na swej przystrzyżonej trawce. A moja, skoszona jakieś trzy tygodnie temu, znowu sięga mi do cycków. Znaczy, jak siedzę, bo cycki nie są jeszcze tak długie, że sięgają mi kolan. Nie zarzucam ich na plecy i nie robię szalika w zimę. Wracając do trawy, sięga mi po prostu kolan. Znaczy jak stoję... Jest po prostu za duża, no.

Nagle widzę mrówkę.
Te, mrówka, jak ty wytrzymujesz tę kakofonię? - pytam. I jak dajesz radę, w ten upał śląsko-kalifornijski?
- Póki co, chowam się w cieniu twojego dupnego nosa, nie machaj nim tak, dobra? - odpowiada mrówa.
- A na procesji byłaś? - kontynuuję rozmowę. 
- Nie, bo nie miałam takiej wyrąbanej w kosmos sukienki, jak ty, gdy w dzieciństwie rzucałaś kwiatki na ulicy - odparowuje.

Taa... na Boże Ciało miałam specjalną kreację - koronkową sukienkę. I siostra też. Za komuny to był lans. Sukienki szyte u krawcowej, do której jeździłam z babcią na przymiarki. Autobusem - to wtedy dowiedziałam się, że bez aviomarinu nie daję rady - tak, jak teraz, gdy usiłuję czytać w samochodzie.
- Sukienkę z koronki też nadal masz? - mrówa jakby czytała mi w myślach.
- Nie. Już tylko majtki, ale i tak nie lubię, bo mnie piją w dupę - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Aha - to mówiąc mrówa ukąsiła mnie w łydkę.
- Ej, mrówa? Co ty odpierdalasz? - pytam wściekła.
- Nic, przecież mrówki gryzą. Nie wiedziałaś? - odpowiada ona.
- No, ale ja cię tu oswajam, nie widzisz? - ryczę.
- Jak cię ugryzie oswojona mrówka, to boli jeszcze bardziej - mówi.

Zatyka mnie. Ma rację. Jest mądrzejsza, niż ten lis z Małego Księcia - gdyby uwaliła mnie jakaś obca, bolałoby mniej. Mrówka-filozof, masakra.
- Te, ale po co ty mnie gryziesz? - pytam, nadal zła.
- Bo leżysz tu jak zdechlak i udajesz, że czytasz, co jest niemożliwe przy tych szlagrach i stężeniu pyłków. Se pobiegać idź!
Noż qrwunia jasna - myślę sobie - nie dość, że filozof, to jeszcze botanik i trener mi się trafił?!
- Mrówa... ale ja nie mam Endomondo, a bez niego bieganie się nie liczy, wiesz? - oponuję. Ledwo fejsa w telefonie opanowałam, weź wyluzuj, co?
- Głupiaś. To idź zdjęcia jakieś porób, nie jaraj ryja na słońcu, bo i tak już staro wyglądasz - mrówa doładowała do pieca.
- No, przecież leżę na brzuchu i nie jaram twarzy! - syczę do niej.
- Kto tu mówi tylko o twarzy? Dupę też masz starą! - mówi ona.
- Dzięki mrówa. Jesteś prawdziwą kumpelą. Ale nie mam siły biegać w taki upał, wiesz? - ucinam dyskusję.
- No to idź do sklepu. Kup se lizaka, albo loda, nie wiem... - nie daje za wygraną mrówa.
- Głupia jesteś, jest Boże Ciało i wszystko jest pozamykane - triumfuję. 
- No, ale sklep dla hydraulików jest chyba zawsze otwarty, nie? - ciągnie ona.
- Jaki? - pytam. Obi? Praktiker?
- Nie, qrwa. Żabka - wkurza się mrówa.

Szybko się uczy, myślę.
- No, to idę. Chcesz coś? - pytam. Może jakiś płyn na insekty?
- Czas najwyższy - ignoruje moje pytanie. A ja posłucham sobie koncertu życzeń. Może puszczą coś na moje imieniny - dodaje.
- Masz dziś imieniny? - pytam. To jak ty masz w końcu na imię? Może Entomologia? - chichoczę.
- Jak to jak? Bożydar, to chyba jasne? I kto ci w ogóle powiedział, że jestem kobietą? - zapytała mrówka. Mrówk.
Stanęłam osłupiała. 
- A to jest moje ciało, patrz - to mówiąc Bożydar włożył koronkową sukienkę, zgrabnie opinającą jego odwłok i wszedł w piwonię.


PS.
Jak leżałam na kocyku, na torbę leżącą 10 cm dalej, zesrał się ptak. Myślę, że celował we mnie, bo torba jest niebieska, jak moja sukienka do opalania. Jak przyjdziesz na wiśnie, które już dojrzewają, miej się na baczności, ty mały gnojku.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz