11 czerwca 2015

poszedł kuń na konia.

Źródło: archiwum własne (dziewczynki już patatajo ładnie)

Stwierdziłam, że skoro umiem już (ponoć dobrze, ale nie mnie to oceniać) jeździć mustangiem na ropę, to czas, aby spróbować mustanga na owies. 
No i zrobiłam to. 

Pierwszy raz w życiu patatajałam na koniu (wszystkie skojarzenia wsadźcie sobie w...iecie gdzie). Znaczy galop to to nie był, ale kłusem jechałam. Z tym, że w większości na lonży, czyli takim sznurku do prowadzenia konika w kółko - raz w lewo, raz w prawo, żeby mu się we łbie nie zakręciło. I żeby mu mięśnie równo rosły, czy coś tam. 

Konik o wdzięcznym imieniu Bąk, był bardzo cierpliwy i grzeczny. Bardziej cierpliwy niż ja, był też mój 70-letni instruktor, który przez pół godziny próbował nauczyć mnie anglezowania, czyli tego rytmicznego unoszenia się z koniem w odpowiednim momencie. Dla kogoś, kto widział tę czynność tylko na filmach (i to takich, gdzie jeździec jest z koniem jednością, bo ja lubiłam oglądać tylko filmy o indianerach, a nie angielskich, qrwa, lordach, co sobie anglezują), nie jest to takie łatwe, jak się okazało. Nie umiałam się z tym Bąkiem zgrać, za nic. Niby wstawałam i siadałam, ale wciąż w nieodpowiednim momencie! Poza tym włożenie butów sportowych nie było najlepszym pomysłem, ponieważ strzemiono wlazło mi za język i miałam ten metal na gołej stopie. Ale żem twarda, to jakoś przeżyłam te kilkadzisiąt minut. 

Poza tym okazało się też, że wodzy nie trzyma się tak, jak sądziłam. Czyli nie jak furman z kartoflami, od spodu, tylko od góry, tylko z małym paluszkiem pod spodem. No, ok. Przeżyłam ten durny toczek, to przeżyję i ten lordowski paluszek, który nieodłącznie kojarzy mi się z jakimś Eustachym, który mówi do swego kumpla, też lorda: czy nie uważasz, że ten koniak nieco trąci korkiem, Zygfrydzie? 

Tak, że ten... bo ja tam poszłam z jasną wizją, mówię wam. Chcę sobie patatajać po lasach i łąkach z rozwianym włosem (jednak się nie obcinam, ani nie ulizuję - szach-mat, Grace!) i czuć się jak Indianka w mojej opasce, którą tak kochają koledzy z pracy, o! Tylko, że póki co, to dupa mnie boli tak, że nie wiem, co będzie jutro. Może wcale nie wstanę. O uda się nie martwię, bo są mocne, od jogi. Ale pośladki, na których się tak ładnie odbijałam od siodła, mogą być sine... Pan instruktor miał niezłą polewkę i mówił, że mam w nocy ćwiczyć to anglezowanie i że żałuje, że ma siedemdziesiąt lat, bo by mnie sam pouczył. Wierzę, bo siły życiowej i radości miał w sobie więcej, niż niejeden mój rówieśnik. Poza tym stwierdził, że mam idealną postawę (się wie), tylko muszę przestać ubijać tyłkiem te schabowe na niedzielę. Na koniec stwierdził, że jeżdżę na tym koniu jak Tatar, czyli chyba, jak dzikus, albo co, nie wiem? Muszę poczytać na ten temat. No, chyba że miał na myśli te pieprzone kotlety...

Zobaczymy, co będzie na następnej lekcji, mam tydzień na ćwiczenia. Sztyblety mam, nawet dwie pary, włos rozpuszczę, legginsy wdzieję. Tylko ktoś mi mój sprezentowany palcat ukradł. A wiedziałam, że kiedyś będę chciała go użyć, zgodnie z jego przeznaczeniem. Czyli do trzymania w ręce i machania nim przed pyskiem konika. W końcu nie jestem koniobijcą. 



<tu kliken> patatajać, jak Mohikanie
<tu kliken> albo Arabowie na arabach
<tu kliken> albo Viola-Tatar, przy tym

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz