16 grudnia 2015

sterem, żeglarzem i okrętem.

Źródło: archiwum własne (M, jak Młot, of course)
Karol wiedział, że młodzieńcze przypały kończą się czasami źle, ale nie domyślał się, że mogą ciągnąć się jak smród po gaciach, przez piętnaście lat.
W sumie dawno zapomniał, że w technikum został notowanym złodziejem samochodów, ponieważ to on wpadł na pomysł, by kumplowi, co go wkurwiał (i nie tylko go), zwinąć malucha spod przybytku szkoły. I postawić go trzy ulice dalej. 

Biorąc pod uwagę jego koleje losu i wszystkie akcje przeprowadzone po ukończeniu nauki, trzeba przyznać, że trafienie do kartoteki policyjnej za Fiata 126 pe w kolorze wysranego groszku, było nie lada wyczynem. Nie udało mu się to ani wtedy, gdy handlował paryskimi swetrami przemycanymi z Węgier, ani nawet później, gdy stał się alkoholowym baronem na dzielni. Bo po technikum Karolek (choć zapowiadał się na dobrego elektronika i z palcem w dupie mógł startować na polibudę na dzienne) stwierdził, że pierdoli system, studia i etaty załatwione przez ciotkę mamy koleżanki. Karolek chciał być sobie sam sterem, żeglarzem i okrętem, bo zawsze czuł, że normalne (czyt. nudne w chuj) życie, nie jest mu pisane. Dlatego po ortalionowych dresach i psychodelicznych pulowerach, nastąpił czas spirytusowej chwały, kiedy to właśnie Karolek obsługiwał każdą imprezę w mieście. Począwszy od ulicy Asnyka, a skończywszy na Żabińskiego. 

Jeszcze później Karolek wszedł w bardziej dochodowe biznesy, rzec by można, zielarsko - medyczne. Interesy szły dobrze, a nawet coraz lepiej. Rynki zbytu ładnie się rozszerzały, następowała dywersyfikacja towaru oraz liczna rotacja pracowników. Wszyscy chcieli z nim pracować, wszyscy! To wtedy Karolek dostał przydomek: Młot. Pseudonim ten wymyślił jego najbliższy przydupas, który znając zamiłowanie szefa do państwa Franków (Karolek nie samą elektroniką w technikum żył!), liczył na odpalenie jakiejś lepszej działki na weekend. Tak oto narodziła się legenda nieślubnego syna Pepina, tyle, że z Bytomia. 

Ci, którzy nie wykonywali ślepo poleceń, bo z czasem zauważali pewne hmm niedostatki bossa, otrzymywali wilczy bilet oraz reputację niestabilnych emocjonalnie, bo cyklotymii wtedy jeszcze nie wymyślono. I byli szybciutko usuwani z biznesu. Słowem - żyło się chwilą, wstecz nie patrzyło, a do przodu tym bardziej. Taki to był Karolek Młot Karpedjem. Był po prostu sobą - gdyby nie był sobą, byłby przecież kimś innnym. Chciał nawet wytatuować sobie tę zacną sentencję na przedramieniu, ale Nadia, jego ówczesna dziewczyna, powiedziała, żeby wytatuował sobie lepiej jej imię, cyrylicą. Karolek miał słabość do bladzi ze wschodu, więc tak też zrobił. I pewnie do dzisiaj popierdala po świecie z imieniem laski, którą stukał w najlepszym przyjacielem, bo go szanował. Go, nie ją. Bo szacunek w świecie Karolka był najważniejszy - a już na pewno ważniejszy od miłości. Dlatego Karolek swych Natasz i Oksan nie kochał, tylko stukał je, jak dzięcioł. Co chwilę siedział na innym drzewie, stukał, pukał i pytał: czy możesz pokazać mi swoją dziuplę? 


Dziupla dziupli nierówna, wiadomo, ale Karol Młot młócił dobrze. Zwłaszcza po kreskach wciąganych przez nos i wcieranych tu i ówdzie, więc wiewiórki były zadowolone. Kiedyś nawet jedną rudą Olgę, w miłosnym szale 
Karolek dotknął gorącym pogrzebaczem tam, gdzie powinien majtać jej puszysty ogon. Wydawało muuuu się, że jest w oborze, tak muczała. Dziwne, bo przecież wiewiórki nie muczą. Tym sposobem oznakował ją, jak prawdziwy hodowca bydła. Bo zawsze chciał być kowbojem. Do łóżka zakładał często specjalne spodnie ze skóry, takie, jakie mają jeźdżcy na rodeo. I ostrogi, bo lubił ostry seks. Olga dopiero następnego dnia rano przekonała się, jak boli miłość. Gdy wytrzeźwiała i w łazience zobaczyła na swym tyłku wypalony półksiężyc, zwariowała. Pomyślała, że wyruchał ją jakiś imam. Ubrała się w dwie sekundy, stwierdziła, że koniec z ćpaniem z Karolkiem Młotkiem i poszła szukać apteki. Przez miesiąc jej jedynym lubrykantem był Pantenol.


Tak żył Karol Karpedjem przez piętnaście lat. Dorobił się nawet Lexusa RX. Ze sprzętem audio, którego nazwy nie umiał poprawnie wymówić. Chuj z tym, nakamiczi, czy nakamiszi - grunt, że disco polo na mp3 w Lexim nie słuchał. Tylko muzykę poważną, jak ten świr z Leona Zawodowca. Bo Młot miał jeszcze jedną zajawkę - uwielbiał szaleńców, fascynowali go niesłychanie. W równej mierze Mozart, Hitler, czy Pol Pot. Im bardziej był ktoś zaburzony, tym bardziej go jarał. 

Jechał kiedyś Karolek od jednej wiewiórki do drugiej, w głośnikach napieprzała muza na full, pewnie dlatego nie usłyszał nic niepokojącego w pracy silnika. Oczami wyobraźni widział już, co będzie robił za chwilę ze swą Tamarą, więc kontrolek na desce rozdzielczej nie widział wcale. Toteż zdziwił się niesłychanie, gdy w pewnym momencie samochód stanął i już nie ruszył. Muza ucichła, Karol powiedział, że kurwa je banana i że chuj go chyba strzeli. Okazało się, że brakło mu paliwa, pikuś mały. Obczaił, gdzie się znajduje, stwierdził, że do najbliższej stacji jest na tyle daleko, że nie chce mu się tam iść pieszo (bo on pieszo chodził tylko się wysrać), więc wziął telefon i zadzwonił do najbliższego przydupasa, by go tam zholował. Gdy ten w końcu przyjechał, Karol prawie pierdolnął o kant trotuaru, bo nie wierzył własnym oczom. Wiesiek - jego wybawca - przyjechał Skodą Felicją, którą sam mu sprzedał milion lat temu. Żółtą. 


- Czy ciebie już całkiem pojebało? - spytał retorycznie. Przecież tym mnie nie uciągniesz?!
- Nie bój żaby, szefie, damy radę. - Wiesław był nieporuszony. W końcu nie na darmo nazywano go prawielewąręką Karola.
- No dobra, holuj. Jaja mnie już bolą, do Tamary jadę... 
- Już się robi, szefie.

Tym sposobem, w pamięci okolicznych mieszkańców Bolesławca, pewien grudniowy, szary dzień zapisał się kolorowymi literkami. Dominowały w nich jasne, wesołe barwy, dokładnie żółte - jak słońce i jak spróchniała Skoda Felicja, ciągnąca za sobą luksusowego SUVa. Dali radę - bo kto, jak nie Karol Młot i Wiesław prawielewąręka Karola? Operacja ratunkowa trwała jakieś dwie godziny, więc gdy dotarli na Orlen, pierwsze, co zrobił Młotek, było udanie się do kibla. Trochę się bowiem zestresował, że jego wizje z Tamcią nie dojdą do skutku. Wciągnął jeszcze kreskę, usiadł wygodnie na tronie i na chwilkę odpłynął. Wrócił mu humor i filing. Nagle usłyszał walenie w drzwi toalety i głos Wieśka:

- Szefie, kurwa, policja.  W chuj policji! 

Karol aż podskoczył, wyrwany z błogiego niebytu, podciągnął szybko spodnie i nieco spanikowany wyszedł na zewnątrz. To wtedy przypomniał sobie, że jest przecież notowany. Podeszli z Wieśkiem do samochodów. Na stacji naprawdę znajdowała się jakaś brygada antyterrorystyczna, a przynajmniej tak to wyglądało, bo celowali do nich z długiej broni. Karol pomyślał o resztce białego proszku, która znajdowała się w kieszeni jego spodni i zrobiło mu się gorąco. W tym momencie podszedł do niego jeden z policjantów i poprosił o dokumenty: prawko, dowód rejestracyjny Lexusa i dowód OC. Drugi o to samo zapytał Wieśka, tyle, że odnośnie żółtej Felicji. Pokazali wszystko bez słowa, policjanci pooglądali, coś tam posprawdzali w radiowozie. Po chwili podeszli ponownie, oddali dokumenty i podziękowali. Karolek nie wytrzymał w końcu i spytał:

- Panowie, co jest grane? Co to za obława? Szukacie Kuby Rozpruwacza?
- Otrzymaliśmy anonimową informację, że podejrzanie wyglądający samochód holuje drugi. Mamy tu ostatnio dużo kradzieży, więc traktujemy każde zgłoszenie poważnie. Wie pan, nie możemy sobie pozwolić na szarganie naszego dobrego imienia - odpowiedział policjant.
- Eeee... jasne, rozumiem. Nie można pobłażać złodziejom - to powiedziawszy, Karol odwrócił się na pięcie, skinął Wieśkowi, że spadają i wsiadł do samochodu. 

W tym momencie przypomniał sobie, że przecież jeszcze nie zatankował.
I że jak wyskoczył z tego kibla, to zapomniał wytrzeć dupę. 


Karolek od czasów technikum chciał być sobie sam sterem, żeglarzem i okrętem. Nigdy nie chciał być zerem, brudasem i przekrętem.

Samo wyszło.

<tu kliken> a po burzyyyyyyy...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz